Tusze do rzęs czyli wysyp bubli na rynku

Do tego wpisu zmobilizowała mnie dzisiejsza poranna próba umalowania się nowym, reklamowanym tuszem do rzęs.

Okazało się, że jak w 80% przypadków w ciągu ostatnich ok. 8 lat znowu wyrzuciłam pieniądze na kolejny bubel.

Jestem posiadaczką rzęs dosyć krótkich, dość jasnych i bardzo prostych. W tym przypadku los niestety nie okazał się dla mnie łaskawy.

Mój makijaż na co dzień jest stosunkowo oszczędny…tusz, podkład, kredka do oczu, róż na policzki. Czasem szminka lub błyszczyk, czasem dyskretny cień do powiek.

Podkładu i tuszu używam każdego dnia i są to dla mnie dwa najważniejsze kosmetyki w makijażu. „Robią twarz” więc zdecydowanie muszą być dobrej jakości. Cena w tym przypadku nie odgrywa dla mnie większej roli. Oba kosmetyki wystarczają na 1,5-2 miesiące codziennego stosowania, więc wydatek się rozkłada. Oczywiście są granice zdrowego rozsądku – nie lubię płacić za tusz powyżej 200,00 dlatego, że opakowanie ma lusterko i lampeczkę… 🙂 Albo za podkład 300,00 bo zawiera składniki przeciw zmarszczkowe… Do walki ze zmarszczkami to ja mam serum, krem i maseczki, oraz parę gadżetów. Podkład nie ma za zadanie odmładzać, tylko sprawiać, że moja twarz będzie z nim lepiej wyglądała niż bez niego.

Wracając do kwestii tuszy do rzęs. Wiele lat temu, jak zaczynałam się malować, w sklepach było kilka rodzajów tuszu. Były tusze w kamieniu i kilka tuszy ze szczoteczką, które dostępne były głównie w sklepach Pewex.

Ale czy kupiło się tusz w kamieniu (trzeba było popluć, pomazać szczoteczką tusz i spróbować go rozprowadzić na rzęsach), czy tusz  w wersji ze szczoteczką (mega nowoczesny) efekt po umalowaniu się był widoczny. Raz lepszy raz gorszy, ale WIDOCZNY. Rzęsy nabierały wyrazu, objętości, oko zyskiwało charakter.

Niestety im większy rozwój technologii i kosmetologii, tym jakość spada. W tempie zaskakująco szybkim. Tusz Max Factor 2000 cal, który mój Tata przysyłał mi 20 lat temu z USA to zupełnie inny tusz, jaki teraz można kupić w naszych sklepach. Nazwa i producent te same, ale jakość zdecydowanie gorsza.

Teraz tusze mają coraz ładniejsze opakowania, coraz dziwniejsze szczoteczki, w składzie są substancje mające rzęsy wzmocnić, nabłyszczyć i cholera wie co jeszcze. Problemem jest to, że te tusze przestały spełniać swoją zasadniczą funkcję tzn. malowanie rzęs.

Producenci prześcigają się w reklamie i wymyślaniu chwytnych haseł marketingowych, ale wszystko to w żadnym stopniu nie przekłada się na jakość tuszy. Co najmniej 80% tuszy do rzęs, jakie kupiłam na przestrzeni ostatnich 10 lat nie spełniła obietnic producenta. Co gorsza, nie spełniła podstawowych wymogów, jakie stawiane są tuszom do rzęs (!).

 

 

Szukam tuszu idealnego dla mnie od wielu lat.  Kupuję tusze marek luksusowych i ze średniej półki. Kilka tuszy było na tyle niezłych, że kupiłam je kolejny raz. Ale tego jedynego, najlepszego nie znalazłam.

Dziś rano była prawdziwa porażka – tusz RIMMEL London WONDER FULL MASCARA.  Rzekomo pogrubia rzęsy, rzekomo ma olejek arganowy. Rzekomo.

 

 

Usiłowałam się rano umalować. Jedyny efekt, jaki osiągnęłam po wielu staraniach to lekko przyciemnione rzęsy, brudne powieki i drobiny tuszu, które zaczęły się osypywać jakieś 10 min po umalowaniu się . Swoisty rekord.

Co mi po olejku arganowym (jeśli tusz w ogóle go posiada), skoro rzęsy po umalowaniu wyglądają jak nie umalowane, za to powieki są brudne (?). Tu nie ma kwestii, że nie umiem się umalować. Mam swoje lata, maluje rzęsy od kilkudziesięciu lat i wiem co ma jakość a co jej nie ma. Reklama to za mało – Producencie postaraj się lepiej !

Tusz kosztuje w perfumeriach internetowych ok. 19,00 PLN. (W stacjonarnych ok. 35,00) To o 19,00 (lub o 35,00) PLN za dużo.

Ktoś kto ma długie, czarne i gęste rzęsy nie zauważy, że tusz jest bublem. Osoba, która ma „liche” rzęsy od razu to wychwyci.

 

 

Na reklamie produktu panna Jagger prezentuje z dumą doklejone rzęsy usiłując nas przekonać, że używając tuszu będziemy mieć takie same. Nie będziemy. I nie sądzę, żeby ilość olejku arganowego zawarta w tuszu miała istotne znaczenie dla pielęgnacji rzęs.

Problem robienia z nas durni nie dotyczy tylko producentów ze średniej półki.

Wiosną zaszalałam na najnowszy tusz do rzęs marki Clinique – Chubby Lash Fattening Mascara .   Kupiłam go w sklepie internetowym marki Clinique, żeby mieć pewność, że będzie świeży (!).

Świeży faktycznie był.  Po kilkukrotnej aplikacji oddałam go Mamie, która nie przywiązuje wielkiej wagi do uzyskanych efektów, za to stawia na małą szkodliwość produktu (czyli na lepszą markę).

Opis tuszu Clinique jest oczywiście zachęcający :

„Marzysz o gęstych, pełnych i ponętnych rzęsach? Wystarczy sięgnąć po NOWĄ maskarę pogrubiającą Chubby Lash Fattening Mascara od Clinique, a za kilkoma pociągnięciami szczoteczki XXL zyskasz śmiałe i kuszące rzęsy o ekstra objętości. Nasz wyjątkowy aplikator pogrubia cienkie i słabe rzęsy i dodaje im objętości, nie powodując przy tym ich opadania.”

Niestety obietnice producenta nie zostają spełnione. Szczoteczka fatalna w użyciu. Tusz po aplikacji nie dał oczekiwanych efektów. O dziwo, moja Mama też stwierdziła, że to jakieś „dziadostwo”.

Wyrzucone 92,00 PLN. Jak na „dziadostwo” całkiem sporo.

 

 

Producenci mają klienta w nosie. Ważny jest zysk. Wiadomo, reklama napędzi sprzedaż. Ci co się natną , nie kupią kolejny raz. Ale zawsze kupi ktoś inny. Te z nas, które mają ładne rzęsy, nie zauważą, że produkt to bubel. Te co mają marne rzęsy pomyślą, że widocznie maja tak marne, że tusz niewiele może pomóc.

I interes kwitnie.

Ważne, żeby było się czym pochwalić w reklamie…

Udziwniona szczoteczka, nietypowe składniki… A klient-idiota  słucha reklam, patrzy na zdjęcia modelek, których rzęsy przypominają skrzydła motyla ( w 100% rzęsy są przerabiane photoshopem i sztuczne!)  i myśli, że jak nie osiągnie takiego efektu to jego wina. Bo ma takie liche rzęsy.

G… prawda.

Ewa Langoria prezentująca niesamowite rzęsy na reklamach podobno nie ma już ani jednej własnej. Wypadły jej po ciągłym używaniu sztucznych.

Dlatego ja nie wierzę w reklamy. Dlatego jestem wkurzona na blogerki, które reklamują swoimi wpisami tusze, które dostały za darmo od producenta. Po to, by je reklamować !

Oj, przekupna jest polska blogosfera… Gdyby więcej osób chciało mieć wpływ na to, co rynek nam oferuje i zwalczać cwaniactwo i nieuczciwe reklamy może sytuacja na rynku choć trochę by się polepszyła. Może producenci oferowali nam produkty choćby zbliżone do swojej rozdmuchanej reklamy.

Może…

Ja dalej szukam swojego tuszu. Jak go w końcu znajdę, to chętnie o nim napiszę.

Reklamy

Stare reklamy perfum…

Nie jest nowością dla nikogo zaglądającego na mój blog czy czytającego moje posty, że jestem miłośnikiem zapachów (oględnie mówiąc) – starszych. Nie mówię już o prawdziwych starych kompozycjach typu Mitsouko Guerlain (1919) czy Tabu Dana (1932), które uwielbiam.

old-0

Lubię zapachy z lat 70-ych, 80-tych i 90-tych. Po 2000 roku – może kilkanaście zwróciło moją prawdziwą uwagę i sprowokowało zakup (niekoniecznie dlatego, że uważam je za wybitne).
Tak samo lubię filmy z wielkimi gwiazdami ekranu. Gwiazdami , a nie aktorami. Elizabeth Taylor, Audrey Hepburn czy Cary Grant. Bardzo lubię filmy z okresu „wielkiego Hollywood”. Tak jak współczesne zapachy różnią się od starych, tak współczesne filmy różnią się od starszych. W ten sam sposób. Brakiem głębszej treści i klimatu, pobudzającego prawdziwe emocje.

old-4

Do obszaru życia związanego ze zmysłami podchodzę emocjonalnie, do spraw przyziemnych i bytowych wręcz przeciwnie. Ale przecież życie składa się z różnych kwestii…

Różnice wynikające z okresu powstania dotyczą nie tylko samych zapachów, ale i ich reklam.
Jak można się domyślać, wolę starsze. Niekoniecznie bazujące na seksie czy karierze, czym zajmuje się współczesna reklama perfum.
Niedopowiedzenie, sugestia, klimat…. To było charakterystyczne dla starych reklam. Więcej było rysowanych niż fotograficznych, co też (dla mnie) było ciekawe.

pld-3

Współczesne reklamy kipią seksem, przedstawiają twarze znanych aktorów czy celebrytów, osiłków i biznesmenów. Sugerują : używaj tego zapachu, a będziesz …
– jak gwiazda ekranu
– jak napakowany sterydami macho
– jak wyglansowany biznesmen
– jak seksowna (bliżej nieokreślona) laska

A bo ja wiem ?!
Do mnie to nie trafia…

old-1

Lubię reklamy sprzed lat. Nie stawiają kropki nad „i” i to mi się w nich podoba.
I – nie czarujmy się – wymagały od autora włożenia więcej sztuki i wysiłku niż komputerowo przerobiona buźka gwiazdy czy komputerowo napakowane bicepsy osiłka…

old 2.jpg

Seks w reklamach perfum

Jak to z blogami bywa, jedne wpisy są bardziej obiektywne inne mniej. Pora chyba nadeszła na jeden z tych mniej obiektywnych – seks w reklamach perfum…

Nie sięgnęłam po ten temat dlatego, że specjalnie mnie pociąga. Raczej dlatego, że coraz więcej reklam bazuje na nagości i seksie.
Seks dobrze się sprzedaje – nie jest to specjalne odkrycie. Tak było, jest i zapewne będzie.
Jak czytałam naukowcy nie do końca zgadzają się z twórcami reklam i firmami, które chcą osiągać zwiększone obroty bazując na reklamach przesyconych nagością i seksem, ale badania badaniami, a rzeczywistość rzeczywistością.

gucci

Mój stosunek do reklam o wyraźnym podtekście seksualnym jest raczej negatywny. Dlaczego ? Bo lubię, jak pozostawia mi się pole dla wyobraźni. Bo takową mam. Kilkadziesiąt lat temu większość reklam odwoływała się do wyobraźni, podtekst był ledwo zauważalny, a twórcy reklam musieli wykazywać się talentem , by pobudzać ludzką wyobraźnię.

Teraz jest łopatologia w stylu : „patrz potencjalny kliencie, jak będziesz używał tego zapachu to będziesz atrakcyjny, seksowny, twoje życie erotyczne nabierze rozpędu a od płci przeciwnej nie będziesz się mógł opędzić”. No, sama nie wiem… Jeśli moja atrakcyjność i powodzenie u płci przeciwnej miałyby bazować na perfumach, jakich używam, to naprawdę musiałabym mieć mizerne zdanie na swój temat i musiałabym oczekiwać, że facet, który na mnie poleci będzie miał rozwinięty głównie zmysł węchu, a nie komórki mózgowe.
Mnie osobiście to nie pasuje.

lambre_resize

Zresztą zapach jest dodatkowym elementem związanym z naszą osobą – nie głównym. A odbiór samego zapachu to sprawa indywidualna. Jednej osobie zapach może wydawać się seksowny, a innej ten sam może wydawać się odpychający. Patrząc na reklamę i kierując się jej seksualnym przekazem wcale nie musimy wzbudzić zainteresowania czy pożądania osoby, u której chcemy taki efekt wywołać.
Ale obecne czasy charakteryzują się mocno powierzchownym odbiorem pewnych rzeczy. Chcąc zwiększyć naszą atrakcyjność nie zastanawiamy się nad sobą, tylko nad elementami powierzchownymi dającymi efekt krótkotrwały, czyli w momencie, w jakim stosujemy te elementy. Do mnie to nie trafia. Tak jak oczekiwanie, że użyty zapach uczyni nas bardziej atrakcyjnymi dla otaczających osób. Rewolucji zapewne tu nie będzie… Należałoby pamiętać, że to tylko reklama mająca na celu wyciągnięcie od nas kasy.
Kierując się przy zakupach reklamami, jakie nam się serwuje, przestajemy zwracać uwagę na to, co nam pasuje, tylko dajemy sobie wmówić, że kupując ten a nie inny produkt będziemy odbierani zgodnie z obrazem, jaki widnieje na reklamie.
Ale facet z brzuszkiem i łysinką oraz inteligencją średnio dojrzałej dyni nie stanie się demonem seksu i Adonisem jak użyje Bang Marca Jacobsa, choć nagi Jacobs na reklamie zapachu wygląda całkiem nieźle.

Panna z cellulitem i wałkami na brzuszku nie stanie się nagle Afrodytą, gdy spryska się Black Orchid Toma Forda.

jacobs

Marząc o atrakcyjności powinniśmy skupić się na sobie, a nie na wydawaniu pieniędzy tam, gdzie sugerują nam reklamodawcy.
Czasami mam wrażenie, że twórcy reklam traktują potencjalnego klienta jak zwykłego idiotę…

Lubię ładnie pachnieć, lubię zbierać komplementy z tytułu użytego zapachu, ale nie demonizuję tej kwestii. To TYLKO perfumy.
A wydaję pieniądze na te, które są moim zdaniem ładne czy wyjątkowe, pasują do mnie czy do sytuacji, nie na te, których reklamy sugerują, że określony zapach spowoduje intensywny wzrost mojej atrakcyjności…

tom ford

Znaki towarowe, zdjęcia i nazwy firm zostały użyte w celach informacyjnych.

Reklamy bez twarzy…

Nie jestem podatna na reklamę. Zazwyczaj reklamy powodują u mnie reakcje przeciwne do tych, jakie chciałby osiągnąć reklamodawca…
Współczesne reklamy bywają nachalne, agresywne, przekłamane czy wręcz po prostu głupie.

Reklamy czysto wizualne to nieco inna kwestia. I skupiłabym się w tym wątku na reklamach zapachów…
Jak dla mnie powinny pobudzać wyobraźnię i tak bywało w reklamach sprzed lat. Podsuwały kierunek, ale odbiorca obrazu miał jeszcze wiele pola manewru dla uruchomienia komórek mózgowych…

first

Reklamy, które mamy okazję oglądać w ostatnich latach odwołują się raczej do najprostszych instynktów.
Czy zakładają, że w dzisiejszych czasach szkoda nam czasu na myślenie i trzeba podsuwać nam gotowe rozwiązania ?

Zatrudnianie do zdjęć reklamowych znanych gwiazd czy celebrytów, lub po prostu określony typ kobiet czy mężczyzn ma nam – w przypadku zapachu – sugerować idealnego odbiorcę lub przedstawiać wizję, z kim będziemy się utożsamiać używając danego zapachu…

Nie lubię takich reklam. Dlaczego ? Bo lubię myśleć. Bo moja wyobraźnia funkcjonuje całkiem dobrze i nie trzeba podsuwać mi gotowych rozwiązań.
Dodatkowo – jeśli nie lubię pewnego rodzaju faceta, to reklama zapachu z takim gościem na zdjęciu, odstręczy mnie od chęci poznania tego zapachu.
Jeśli nie lubię danej gwiazdy czy celebrytki, to moje nastawienie będzie równie negatywne do samej kompozycji przez nią reklamowanej… a przecież może mogłaby mi się spodobać ?

chamade-guerlain-perfumes

Oczywiście inaczej wygląda ta kwestia, jeśli mamy do czynienia markami „celebryckimi”. Taka Celine Dion zakładając własną markę chciała reklamować również siebie samą. Tak jak i Britney Spears czy inna upadająca czy też nie gwiazda lub gwiazdka. Oni reklamując zapach reklamują siebie samych a więc zazwyczaj na zdjęciach reklamowych kompozycji przez nich firmowanych są ich twarze…Ale to nieco inna kwestia.

Kilkadziesiąt czy kilkanaście lat temu bardzo dużo reklam było bez „twarzy” – twarze gwiazd czy napakowanych osiłków nie przysłaniały samego zapachu. I dlatego też kiedyś taką wagę przywiązywano do pięknych opakowań. Zapach miał się sprzedać sam z siebie – swoją większą czy mniejszą wyjątkowością i butelką, która powodowała, że chciało się powąchać zawartość.
A teraz ?
Na pierwszym planie znana twarz, a co najmniej pociągająca ….Tak jakbym miała kupować Gwyneth Paltrow zamiast zapachu Hugo Boss. Nie lubię Gwyneth Paltrow i nie mam specjalnie ochoty zapoznawać się z ostatnimi zapachami marki.

To tak jak częściowo rozebrana kobieta jest o wiele bardziej pociągająca niż całkowicie naga (badania!).
Lubię przestrzeń wolną dla myśli, dla wyobraźni.

Osobiście wolę reklamy „bez twarzy” – wymagają większej wyobraźni i kunsztu od twórców takich zdjęć niż efektowne przedstawienie super laski zmodyfikowanej photoshopem…
Może w moim stanowisku przejawia się kolejny raz mój sentyment do lat minionych, mniej komercyjnych, wrażliwszych, gdzie na pierwszym miejscu nie były zawsze i tylko pieniądze. Gdzie np. sprzedając zapach czy biżuterię sprzedawano również piękno i marzenia.
Teraz biżuteria w stylu złoty drut opleciony rzemieniem jest na fali, a luksusowe zapachy potrafi się nam serwować w butelkach, jakie na pewno ozdobą toaletki nie będą…

vent-vert-pierre-balmain-0746

Znaki towarowe, zdjęcia i nazwy firm zostały użyte w celach informacyjnych.