Kosmetyki koreańskie – co warto o nich wiedzieć…

Kosmetyki koreańskie cieszą się u nas coraz większą popularnością. Dostępne są w sieciowych luksusowych perfumeriach, w sieciowych drogeriach i w internecie. Ich popularność rośnie – są dość tanie, dość skuteczne no i wizja wyraźnego zachowania młodości przez Koreanki bardzo przemawia do naszej wyobraźni. Reklama czyni cuda.

A jaka jest prawda ?

Portal TrustedCosmetics miniony miesiąc poświęcił właśnie koreańskiej pielęgnacji…

korea.jpg

W kolejnych artykułach przedstawiono zasady pielęgnacji stosowane przez koreanki, marki kosmetyczne i sporo ciekawostek.

… czytaj tutaj : O koreańskiej pielęgnacji i koreańskich markach kosmetycznych

Znam zasady koreańskiej pielęgnacji – w każdej kobiecej prasie ten temat był poruszany. Znam kilka koreańskich marek oraz używam aktualnie kilkunastu koreańskich kosmetyków.

Jak w każdej branży – nie ma tu reguły, że wszystkie koreańskie marki są warte zainteresowania a ich kosmetyki warte zakupu.

Na pewno jednak każda osoba, która interesuje się pielęgnacją, powinna zainteresować się tą na sposób koreański. Dużo naturalnych składników kosmetyków, silny nacisk kładziony na oczyszczanie .

Najtaniej można chyba kupić koreańskie kosmetyki w sieci outletowej Tk Maxx. Tam ostatnio jest naprawdę zatrzęsienie koreańskich maseczek, płatków pod oczy, kremów, esencji czy toników. Każdy może znaleźć coś „pod siebie”, nie wydając przy tym fortuny.

GA0015A3

Reklamy

Tusze do rzęs czyli wysyp bubli na rynku

Do tego wpisu zmobilizowała mnie dzisiejsza poranna próba umalowania się nowym, reklamowanym tuszem do rzęs.

Okazało się, że jak w 80% przypadków w ciągu ostatnich ok. 8 lat znowu wyrzuciłam pieniądze na kolejny bubel.

Jestem posiadaczką rzęs dosyć krótkich, dość jasnych i bardzo prostych. W tym przypadku los niestety nie okazał się dla mnie łaskawy.

Mój makijaż na co dzień jest stosunkowo oszczędny…tusz, podkład, kredka do oczu, róż na policzki. Czasem szminka lub błyszczyk, czasem dyskretny cień do powiek.

Podkładu i tuszu używam każdego dnia i są to dla mnie dwa najważniejsze kosmetyki w makijażu. „Robią twarz” więc zdecydowanie muszą być dobrej jakości. Cena w tym przypadku nie odgrywa dla mnie większej roli. Oba kosmetyki wystarczają na 1,5-2 miesiące codziennego stosowania, więc wydatek się rozkłada. Oczywiście są granice zdrowego rozsądku – nie lubię płacić za tusz powyżej 200,00 dlatego, że opakowanie ma lusterko i lampeczkę… 🙂 Albo za podkład 300,00 bo zawiera składniki przeciw zmarszczkowe… Do walki ze zmarszczkami to ja mam serum, krem i maseczki, oraz parę gadżetów. Podkład nie ma za zadanie odmładzać, tylko sprawiać, że moja twarz będzie z nim lepiej wyglądała niż bez niego.

Wracając do kwestii tuszy do rzęs. Wiele lat temu, jak zaczynałam się malować, w sklepach było kilka rodzajów tuszu. Były tusze w kamieniu i kilka tuszy ze szczoteczką, które dostępne były głównie w sklepach Pewex.

Ale czy kupiło się tusz w kamieniu (trzeba było popluć, pomazać szczoteczką tusz i spróbować go rozprowadzić na rzęsach), czy tusz  w wersji ze szczoteczką (mega nowoczesny) efekt po umalowaniu się był widoczny. Raz lepszy raz gorszy, ale WIDOCZNY. Rzęsy nabierały wyrazu, objętości, oko zyskiwało charakter.

Niestety im większy rozwój technologii i kosmetologii, tym jakość spada. W tempie zaskakująco szybkim. Tusz Max Factor 2000 cal, który mój Tata przysyłał mi 20 lat temu z USA to zupełnie inny tusz, jaki teraz można kupić w naszych sklepach. Nazwa i producent te same, ale jakość zdecydowanie gorsza.

Teraz tusze mają coraz ładniejsze opakowania, coraz dziwniejsze szczoteczki, w składzie są substancje mające rzęsy wzmocnić, nabłyszczyć i cholera wie co jeszcze. Problemem jest to, że te tusze przestały spełniać swoją zasadniczą funkcję tzn. malowanie rzęs.

Producenci prześcigają się w reklamie i wymyślaniu chwytnych haseł marketingowych, ale wszystko to w żadnym stopniu nie przekłada się na jakość tuszy. Co najmniej 80% tuszy do rzęs, jakie kupiłam na przestrzeni ostatnich 10 lat nie spełniła obietnic producenta. Co gorsza, nie spełniła podstawowych wymogów, jakie stawiane są tuszom do rzęs (!).

 

 

Szukam tuszu idealnego dla mnie od wielu lat.  Kupuję tusze marek luksusowych i ze średniej półki. Kilka tuszy było na tyle niezłych, że kupiłam je kolejny raz. Ale tego jedynego, najlepszego nie znalazłam.

Dziś rano była prawdziwa porażka – tusz RIMMEL London WONDER FULL MASCARA.  Rzekomo pogrubia rzęsy, rzekomo ma olejek arganowy. Rzekomo.

 

 

Usiłowałam się rano umalować. Jedyny efekt, jaki osiągnęłam po wielu staraniach to lekko przyciemnione rzęsy, brudne powieki i drobiny tuszu, które zaczęły się osypywać jakieś 10 min po umalowaniu się . Swoisty rekord.

Co mi po olejku arganowym (jeśli tusz w ogóle go posiada), skoro rzęsy po umalowaniu wyglądają jak nie umalowane, za to powieki są brudne (?). Tu nie ma kwestii, że nie umiem się umalować. Mam swoje lata, maluje rzęsy od kilkudziesięciu lat i wiem co ma jakość a co jej nie ma. Reklama to za mało – Producencie postaraj się lepiej !

Tusz kosztuje w perfumeriach internetowych ok. 19,00 PLN. (W stacjonarnych ok. 35,00) To o 19,00 (lub o 35,00) PLN za dużo.

Ktoś kto ma długie, czarne i gęste rzęsy nie zauważy, że tusz jest bublem. Osoba, która ma „liche” rzęsy od razu to wychwyci.

 

 

Na reklamie produktu panna Jagger prezentuje z dumą doklejone rzęsy usiłując nas przekonać, że używając tuszu będziemy mieć takie same. Nie będziemy. I nie sądzę, żeby ilość olejku arganowego zawarta w tuszu miała istotne znaczenie dla pielęgnacji rzęs.

Problem robienia z nas durni nie dotyczy tylko producentów ze średniej półki.

Wiosną zaszalałam na najnowszy tusz do rzęs marki Clinique – Chubby Lash Fattening Mascara .   Kupiłam go w sklepie internetowym marki Clinique, żeby mieć pewność, że będzie świeży (!).

Świeży faktycznie był.  Po kilkukrotnej aplikacji oddałam go Mamie, która nie przywiązuje wielkiej wagi do uzyskanych efektów, za to stawia na małą szkodliwość produktu (czyli na lepszą markę).

Opis tuszu Clinique jest oczywiście zachęcający :

„Marzysz o gęstych, pełnych i ponętnych rzęsach? Wystarczy sięgnąć po NOWĄ maskarę pogrubiającą Chubby Lash Fattening Mascara od Clinique, a za kilkoma pociągnięciami szczoteczki XXL zyskasz śmiałe i kuszące rzęsy o ekstra objętości. Nasz wyjątkowy aplikator pogrubia cienkie i słabe rzęsy i dodaje im objętości, nie powodując przy tym ich opadania.”

Niestety obietnice producenta nie zostają spełnione. Szczoteczka fatalna w użyciu. Tusz po aplikacji nie dał oczekiwanych efektów. O dziwo, moja Mama też stwierdziła, że to jakieś „dziadostwo”.

Wyrzucone 92,00 PLN. Jak na „dziadostwo” całkiem sporo.

 

 

Producenci mają klienta w nosie. Ważny jest zysk. Wiadomo, reklama napędzi sprzedaż. Ci co się natną , nie kupią kolejny raz. Ale zawsze kupi ktoś inny. Te z nas, które mają ładne rzęsy, nie zauważą, że produkt to bubel. Te co mają marne rzęsy pomyślą, że widocznie maja tak marne, że tusz niewiele może pomóc.

I interes kwitnie.

Ważne, żeby było się czym pochwalić w reklamie…

Udziwniona szczoteczka, nietypowe składniki… A klient-idiota  słucha reklam, patrzy na zdjęcia modelek, których rzęsy przypominają skrzydła motyla ( w 100% rzęsy są przerabiane photoshopem i sztuczne!)  i myśli, że jak nie osiągnie takiego efektu to jego wina. Bo ma takie liche rzęsy.

G… prawda.

Ewa Langoria prezentująca niesamowite rzęsy na reklamach podobno nie ma już ani jednej własnej. Wypadły jej po ciągłym używaniu sztucznych.

Dlatego ja nie wierzę w reklamy. Dlatego jestem wkurzona na blogerki, które reklamują swoimi wpisami tusze, które dostały za darmo od producenta. Po to, by je reklamować !

Oj, przekupna jest polska blogosfera… Gdyby więcej osób chciało mieć wpływ na to, co rynek nam oferuje i zwalczać cwaniactwo i nieuczciwe reklamy może sytuacja na rynku choć trochę by się polepszyła. Może producenci oferowali nam produkty choćby zbliżone do swojej rozdmuchanej reklamy.

Może…

Ja dalej szukam swojego tuszu. Jak go w końcu znajdę, to chętnie o nim napiszę.

pachnidelko.pl czyli asortyment, ceny, konkursy i bonusy perfumerii internetowej

Ostatnio wyraziłam na swoim bardzo niepochlebną opinię o Amfora.pl (związana z morele.net). Nie chodziło bynajmniej o produkty czy ceny, ale o skandaliczną obsługę klienta w przypadku wystąpienia reklamacji towaru. Uzasadnionej i powstałej na skutek niechlujności redagujących strony z asortymentem i braku kompetencji jeśli chodzi o opisy oferowanych produktów.

Dziś pora na opinię pochlebną.

Od kilku lat kupuję (głównie zapachy0 w polskich perfumeriach internetowych i mam co do nich mieszane opinie. Po kilku latach ograniczyłam zakupy do praktycznie 4 zaufanych miejsc. Inne odwiedzam okazjonalnie. Obecnie do tej listy dołączy pachnidelko.pl.

Kilka lat temu dokonałam dwukrotnie zakupu w tej perfumerii i byłam zadowolona. Ale ponieważ jestem klientem na zapachy unikatowe, starsze i rzadko spotykane, nie widziałam zbyt często w tej perfumerii produktów, które by mnie zainteresowały.

Niedawno trafiłam na konkursy organizowane przez perfumerię, wzięłam w nich udział i udało mi się w jednym wygrać. To spowodowało, że zaczęłam się baczniej przyglądać pachnidelku…

Przejrzałam asortyment. Spory wybór, ceny porównywalne do perfumerii, w których zazwyczaj kupuję.

Co mnie szczególnie zaciekawiło ? Marketing, który przyciąga. Konkursy organizowane na stronach perfumerii, na Instagramie i na Facebooku z atrakcyjnymi nagrodami. Zobaczyłam dziś, że na FB są co jakiś czas rozdawane czytelnikom stron pachnidelka próbki zapachów (również niszowych).

Nie mam strony na FB bo nie uznaję portali społecznościowych, ale doceniam pomysł ściągania w ten sposób uwagi na strony perfumerii. Próbka rzecz niewielka, a zawsze ktoś co jakiś czas może się ucieszyć, że ją otrzymał. A nic tak nie cieszy jak niespodziewany gift. Na stronach perfumerii na FB coś się dzieje, nowe informacje, nowe konkursy. Nie wszystkie sklepy tak mają, a w dobie ogromnej konkurencji warto takie działania docenić.

Zajrzałam na strony perfumerii. Sporo nowości, sporo marek niszowych w asortymencie. Menu strony czytelne. Wyszukiwarka sprawna. W ofercie sporo testerów w bdb cenach, szkoda tylko, ze brakuje informacji czy testery posiadają korek (często jest to dla kupującego istotne). Zawsze można dopytać, ale ostatnio jak wysłała takie pytanie nie doczekałam się odpowiedzi – może to przypadek. Na pewno to jeszcze sprawdzę…

Przy produktach jest podana ilość na stanie – to wygodne, a nie we wszystkich perfumeriach internetowych widziałam taką informację.

Co ciekawego znalazłam dziś w ofercie ?

ICEBERG PARFUM

Świetna, klimatyczna kwiatowo-owocowa kompozycja z roku 1989. Zapach w stylu vintage, więc amatorki kwiatowo-owocowych kompocików zalegających perfumerie nie będą zainteresowane. Natomiast miłośniczki klimatów z lat 80. i 90. zdecydowanie powinny. Cena za 100ml to 48,00 więc naprawdę śmiesznie niska. Tester, ale w przypadku tej butelki nie ma to najmniejszego znaczenia. butelka jest „kompletna”.

Salvador Dali DALIMIX GOLD

Następna perełka w doskonałej cenie. Teter z korkiem (a tu ma to znaczenie). kwiatowo-zielony zapach z roku 1997. Cudowny. 54,00 za 100ml – zdecydowanie warto się zastanowić.

Chopard Casmir

Klasyk. Dla miłośniczek waniliowego orientu z lat 90. XX wieku. 100ml za 87,00 to bardzo atrakcyjna cena. Niedawno kupiłam tester o tej pojemności (bez zatyczki) w cenie 95,00.

Dla Panów znalazłam  Lalique pour Homme Lion.

Tester z korkiem w cenie 67,00 za 75ml. Zapach bardzo męski, bardzo seksowny, drzewno-aromatyczna kompozycja z 1997 roku. Ja bardzo go lubię.

Będę zaglądać na strony perfumerii, bo w ciągu tych 2 lat, kiedy złożyłam w niej pierwsze zamówienia, w sposób wyraźny się rozwinęła. I idzie w dobrą stronę.

A moja wygrana w ich konkursie cieszy zarówno zmysł wzroku jak i zmysł węchu…(i przez moment również zmysł smaku)  🙂